- A teraz pani, panno Gallant, s'il vous plait.

-Musisz zdjąć spodnie, inaczej nie będę mogła opatrzyć rany.
- Kocha? - Hope spojrzała na Liz z zawziętą wrogością. Nachyliła twarz ku dziewczynie i wysyczała: - Nie pozwolę Glorii zejść na złą drogę. Zrozumiałaś? Gloria jest inna, łatwo ulega pokusom. Przypilnuję, żeby nie miała tych pokus. Zrobię wszystko, jeśli będzie trzeba.
- Ledwo znałem ojca. Do osiemnastych urodzin widziałem go z pięć razy.
na sercu pańskie dobro. Mam nadzieję, że pan to rozumie.
jeszcze coś panią trapi.
- Coś jeszcze?
- Owszem.
- Do pioruna! - wykrzyknął Daubner, uciekając w kąt pomieszczenia.
Bryce pomyślał, że bardzo by chciał teraz się z nią tu kochać, lecz na rzece było zbyt wielu żeglarzy.
- Dzień dobry, pani Anderson - przywitała sekretarkę, która siedząc za biurkiem, zajadała jogurt.
- Alexandro, moje nazwisko może cię ochronić. Nawet jeśli lady Welkins i Fiona
Gloria podniosła drżącą dłoń do ust. Dlaczego? Co takiego zrobiła? Co takiego poza tym... poza tym, że pomogła jej w sobotniej maskaradzie?
- O czym ty mówisz?
reakcję.


- Od Glorii, ma się rozumieć. Ona w końcu zawsze wszystko mi mówi. Myśli, że wyprowadzi mnie z równowagi. Kiedy się ze mną kłóci, potrafi wykrzyczeć wszystkie swoje sprawki. Wczoraj wieczorem było tak samo.

— Motywów ich zachowania. Ale opowiem dokładnie, co się tam działo. Kiedy przyjechałam, pan Rucastle spotkał mnie na stacji i przywiózł swym dogcartem do Copper Beeches.
Czasami podejrzewała, że mama nienawidzi Hotelu St. Charles równie mocno, jak ona i tata go kochają. Może dlatego, że władza mamy tutaj nie sięgała, że mama nie miała tu nic do powiedzenia. Ilekroć próbowała rozmawiać o hotelu, tata odpowiadał jakoś ostro, z gniewem. Nigdy takim go nie słyszała.
- Co masz na myśli?

- Mam dla pani złą wiadomość.

- Nie, siostro.
- Nie znam go w ogóle... On jest chyba starszy. Prawdę mówiąc... - Bebe rozejrzała się po pokoju, zniżyła głos do konfidencjonalnego szeptu - nie wygląda na takiego, który chodziłby do takich szkół. To zupełnie inny typ.
- Widziałaś? - krzyknęła Rose, unosząc się z miejsca. - To był markiz Tewksbury!

- Po co? Mężczyźni nie żenią się z kochankami.

tańca? - Jej niebieskie oczy się rozszerzyły. - Na przykład do walca?
- Pracuję dla rządu - wyznała.
Odetchnął głęboko. Dość uprzejmości. Pora na normalną rozmowę.